Internetowa strona startowa
Dziś mamy 23 czerwca 2017 r. Imieniny obchodzą: Wanda, Józef, Albin .

Internetowa Strona Startowa - Polityka

















    puste

    Logo radia niepoprawne.pl

















    Zapraszamy do odwiedzenia strony zespołu. Serdecznie pozdrawiamy wszystkich Czytelników portalu Konserwatyzm.pl !

  • Polska na czele federacji środkowoeuropejskiej? Rozmowa korespondenta radia Sputnik Leonida Sigana z politologiem i publicystą prof. Adamem Wielomskim.

    20-06-2017 19:40

    — Do szczytu państw Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej, na który przyjeżdża do Warszawy Donald Trump, pozostaje jeszcze sporo czasu, ale zamieszanie wokół tej inicjatywy jest spore. Czeski dyplomata w poniedziałkowej „Gazec

    — Do szczytu państw Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej, na który przyjeżdża do Warszawy Donald Trump, pozostaje jeszcze sporo czasu, ale zamieszanie wokół tej inicjatywy jest spore. Czeski dyplomata w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej” stwierdził, że Praga zrezygnowała z udziału w tej imprezie. Ale minęło zaledwie kilka godzin i w „Rzeczpospolitej” ukazało się oświadczenie zastępcy ambasadora Republiki Czeskiej w Warszawie: „Jak najbardziej nadal bierzemy udział w pracach tego forum”. Czym jednak motywował to stanowisko Pragi rozmówca „Wyborczej”? Znowu cytat: „Dla nas idea Trójmorza jest nie do zaakceptowania. To XX-wieczny, mocarstwowy koncept Piłsudskiego…”. Na czym ten koncept polegał i dlaczego jego lansowanie w wieku XXI jest dla niektórych Czechów nie do przyjęcia?

    — Koncept Piłsudskiego polegał na idei Międzymorza, dzisiaj ochrzczonej Trójmorzem, czyli zbudowania federacji państw, głównie słowiańskich, pomiędzy Morzem Bałtyckim, Adriatykiem i Morzem Czarnym, zatem w całej Europie Środkowo-Południowo-Wschodniej. Przy czym, nieformalnie zakładano, że państwem, które będzie ten projekt tworzyło, nadawało mu kształty i de facto mniej czy bardziej nim kierowało, będzie Polska. W związku z tym koncept ten nie udał się i nie mógł się udać, bo był pojmowany jako polski koncept imperialny, i takim rzeczywiście w okresie międzywojennym ten pomysł był. Myślę, że wszyscy, którzy znają historię Polski i polskiej myśli politycznej, widząc projekt Międzymorza, Trójmorza, natychmiast widzą to samo światełko, że Polska chce stworzyć jakąś federację środkowoeuropejską pod swoim nieformalnym przywództwem. Stąd też Czechom to światełko się zapaliło. Od razu wykazali sceptycyzm.

     

     — W założeniu prezydenta Dudy przyjazd prezydenta Stanów Zjednoczonych miał oznaczać poparcie dla rządu PiS i wzmocnić polską inicjatywę budowy szerokiego sojuszu państw centralnej Europy. Sojuszu — przeciwko komu?

    — Powiem szczerze, że sam nie wiem, jakie będą wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa w czasie jego wizyty w Polsce. Czy to będzie zielone światło dla budowania jakiegoś sojuszu Trójmorza, czy też nie? Nie potrafię tego powiedzieć. Na pewno jest to pomysł oryginalny, polski, stworzenia siły alternatywnej w stosunku do, z jednej strony, Rosji, a z drugiej strony do Niemiec. Przy czym trzeba zaznaczyć, że 1/ kraje, mające tworzyć tę federację, są stosunkowo słabe ekonomicznie; 2/ często mają wewnętrznie sprzeczne interesy i są ze sobą skonfliktowane historycznie. W związku z tym spoiwem umacniającym ten sojusz miałoby być poparcie Stanów Zjednoczonych, które zbudowałyby w ten sposób własną strukturę polityczną między Rosją a Unią Europejską.

    Jeżeli mielibyśmy ocenić ten projekt, to jego największe słabości są chyba trzy.

    Po pierwsze, słabość ekonomiczna tego projektu. Są to wszystko kraje, które są w mniejszym czy większym zakresie uzależnione ekonomicznie od Europy Zachodniej. Mówiąc zupełnie brutalnie, stanowią struktury do podprodukcji różnego rodzaju komponentów dla gospodarki niemieckiej. W związku z tym nie są w stanie tak łatwo spod tej niemieckiej kurateli ekonomicznej wyjść, ponieważ jest to ich główny rynek eksportowy.

    Po drugie, projekt ten posiada znaczące słabości polityczne, bowiem te państwa nie mają często wspólnych interesów. Na przykład jedne widzą zagrożenie niemieckie, a nie widzą rosyjskiego, a inne na odwrót. Z tego powodu projekt wydaje się wewnętrznie mało spójny i Stany Zjednoczone musiałyby tu wykazać dużo inicjatywy, jak również wpompować dużo pieniędzy, aby takiej strukturze nadać jakąkolwiek formę życia.

    Po trzecie, słabością tego projektu jest to, że należy zadać sobie pytanie, czy w rzeczywistości jest to projekt amerykański, czy też jednego prezydenta USA, a więc Donalda Trumpa? Przecież takie pomysły już snuto w Polsce przynajmniej od kilkunastu lat, i nigdy nie spotykały się one z poparciem żadnej administracji amerykańskiej. Jeżeli będzie to budowane przy poparciu tylko i wyłącznie Trumpa, to ta konstrukcja będzie trwała dopóki dopóty prezydentem jest Donald Trump. Niestety, nie będzie on prezydentem wiecznie. Jeżeli będziemy mieli kolejnego prezydenta, na przykład demokratę jak Hillary Clinton, to nie ma wątpliwości co do tego, że ten projekt nie znajdzie tam poparcia. Hillary Clinton chce współpracować z Europą i tutaj głównego kontrahenta do współpracy widzi w Niemczech, a nie w jakiejś konfederacji, sojuszu w sumie słabych państwa w Europie Środkowowschodniej. I to moim zdaniem jest najsłabszy punkt tej konstrukcji, że to nie jest konstrukcja na dziesięciolecia, lecz na jedną, maksymalnie na dwie kadencje amerykańskich prezydentów.

    Oprócz tego pomiędzy poszczególnymi krajami tego całego Trójmorza istnieją zasadnicze sprzeczności interesów. Czechy czują się zdecydowanie bardziej zbliżone do Niemiec i Europy Zachodniej, niż do Europy Wschodniej. Jedyne, co je teraz łączy na przykład z polityką polską, to jest kwestia niechęci do przyjmowania uchodźców. Ale to jest za mało, aby stworzyć blok. Węgry z kolei lawirują pomiędzy Berlinem a Moskwą, starając się wszędzie mieć dobre stosunki. Tymczasem Warszawa dąży do tego, żeby mieć stosunki nienajlepsze zarówno z Moskwą, jak i z Berlinem.

    Myślę, że jak ten pomysł Trójmorza będzie dalej lansowany, rozpocznie się jego budowa, to zacznie wychodzić coraz więcej tego typu sprzeczności w tym projekcie. Warto też wspomnieć o tym, że wiele z krajów będzie patrzyło z wielkim niepokojem na Polskę jako ewentualnego hegemona w tym związku. Mam tu na myśli przede wszystkim kraje nadbałtyckie czy Ukrainę, które też się w tym projekcie liczą.

    za: https://pl.sputniknews.com/

  • Wąs: Śmiech to zdrowie

    20-06-2017 14:50

      Nowe media to jest jednak inny wszechświat; niby dowodów na to mamy pod ręką od groma, a jednak – mnie osobiście konkretne przykłady tego stanu rzeczy za każdym razem wprawiają w niemałe osłupienie (a może nawet zachwyt,

     

    Nowe media to jest jednak inny wszechświat; niby dowodów na to mamy pod ręką od groma, a jednak – mnie osobiście konkretne przykłady tego stanu rzeczy za każdym razem wprawiają w niemałe osłupienie (a może nawet zachwyt, jeśli spojrzeć na sprawę z perspektywy estety). Tak też z niekłamanym zdumieniem przyjąłem doniesienia pana Adama Śmiecha, jakoby spora liczba młodzieży polskiej (bo chyba tak to należy jednak oceniać) autentycznie uważała za zasadne oddanie Niemcom Ziem Odzyskanych. Można by to potraktować jako zwykła humoreskę i iść dalej, ale skoro temat krąży, to cóż – równie dobrze można to jakoś skomentować.
    Nie bardzo wiem, kto przy zdrowych zmysłach mógłby chcieć to zrobić i dlaczego; tym bardziej zatem może warto zastanowić się, skąd to się w ogóle bierze. Więc po pierwsze – może jest w tym jakiś idealizm? Może jakiś wielki projekt historyczny? Może ktoś uważa, że obecne granice są w sensie idealnym niepolskie i uważa, że Ojczyzna może realizować się tylko w granicach z, dajmy na to, 1921? Czyli oddajemy Szczecin i Wrocław, a zabieramy – może Wilno? może Lwów? Tak jest, już to widzę oczyma duszy – poprowadzimy hufce naszej husarii na wschód i odzyskamy Kresy; a potem, skoro już nabierzemy rozpędu w odczynianiu historii, zrównamy z ziemią miasta i pozakładamy wszędzie dworki szlacheckie. Tak? Trafiłem?
    Wolne żarty. Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł to brać na poważnie – więc odpada (czy odpada?…).
    No to może jest inny powód. Skoro nie chodzi o idealizm, to może o tzw. „realizm” – i według niektórych stare granice były jakoś lepsze, niż obecne? Oddanie Ziem Odzyskanych jako Realpolitik?
    To byłoby już w ogóle kuriozum najwyższej kategorii. Akurat z realistycznej perspektywy patrząc, obecne granice są tysiąc (o ile nie więcej, o ile to w ogóle można jakoś liczyć) razy korzystniejsze ze względów strategicznych, niż stare (co trafni stwierdzał np. Adam Doboszyński we „Wpół drogi”). Krótsza i łatwiejsza do obrony granica wschodnia, z obecnym buforem między nami a Rosją, bardziej regularna granica zachodnia bez tzw. „kleszczy niemieckich” – z militarnego punktu widzenia to jest sprawa nie do przecenienia. Już nie wspominając, że Ziemie Odzyskane to jest baza surowcowa (np. miedź) i kilometry wybrzeża; mniemam, że wyjaśnienie jest zbędne.
    To nie wiem, może się to komuś wydaje np. partyjne? Może ktoś naprawdę wierzy, że partii rządzącej, z jej licznymi odwołaniami do polskiej tradycji romantycznej i polskości „konia i szabli” (piszę bez ironii, to naprawdę jeden z jej wymiarów), byłoby to w smak? To już nawet trudno komentować. O Jarosławie Kaczyńskim można powiedzieć różne rzeczy, ale że wobec jego twardego pragmatyzmu w stosunkach z Niemcami (nazywanego czasem „putinizacją polityki”; twardy pragmatyzm w stosunkach z Rosją to z kolei „zoologiczna rusofobia”, ale to było dawno) ktokolwiek mógłby chociaż pomyśleć podobne coś – rozum tego nie ogarnie, jak powiedział król itd. (kto czytał Sapkowskiego, ten sobie dokończy).
    Pewnie można by jeszcze wymyślić kilka hipotez na ten temat, mnie to jednak przerasta. Natomiast jestem ostatnim człowiekiem, który będzie się w tej materii z kogokolwiek naśmiewał. Młodzież (z której grona szczęśliwie, pomalutku i terminowo wychodzę; Szanowni Państwo – życie zaczyna się pod dwudziestce piątce!) ma różne pomysły, ale większość jest jednak jakoś-tam racjonalna, a przynajmniej ma pewne czytelne dla rozumu motywacje. Osobiście mniemam, że problem, o którym tu mówimy, bierze się przede wszystkim z potrzeby politycznego – no i właśnie; estetyzmu? To dobre słowo? Słowo jak słowo, chodzi wszakże o to, że z realnej i autentycznej potrzeby psychologicznej polityka powinna człowieka inspirować, uskrzydlać, powinna być piękną opowieścią, zapewniającą pewne całościowe rozumienie i identyfikację (i nieważne w tym momencie, czy idzie o sprawy realne, czy nie – moim zdaniem ma to grunt w rzeczywistości). Jeśli chodzi o Kresy na przykład, to dzięki Sienkiewiczowi sprawę mamy załatwioną już chyba na wszystkie wieki; ale czy z Ziemią Odzyskaną udało się zrobić to samo? Mnie się w każdym razie nie wydaje – i chyba w tym właśnie tkwi problem. Na szczęście, można – jak się człowiek postara – znaleźć światełko w tej ciemności. Widzi się przecież ostatnio w Polsce, podobnie jak na całym Zachodzie – i, bo to jest ważne, właśnie wśród młodego pokolenia – renesans myślenia nacjonalistycznego, co na naszym gruncie zazwyczaj oznacza przede wszystkim renesans myślenia w kategoriach wyznaczanych przez idee Narodowej Demokracji. Jest to może trochę niesprawiedliwe w stosunku do naszej tradycji romantycznej, która przecież również politycznie stawiała najwyżej kategorię narodu, i której rozumna recepcja jest nam dzisiaj bardzo potrzebna (choćby dlatego, że jest to tradycja rozbudowana, zaawansowana i może stanowić w kulturze nasz „towar eksportowy”), ale nie o tym teraz mówimy – wystarczy powiedzieć, że przedstawiciele Narodowej Demokracji, mimo swój lodowaty momentami realizm, również zdawali sobie sprawę z tego podstawowego faktu, błyszcząc w tej materii niekiedy prawdziwym geniuszem. Nie na ot tak sobie pisał przecież Jan Ludwik Popławski, że „czas już po tylu wiekach błąkania się po manowcach wrócić na starą drogę, którą ku morzu trzebiły krzepkie dłonie wojów piastowskich”.
    To jedno stwierdzenie, wieńczące znakomity wywód historyczny (z felietonu „Środki obrony”, jak by się kto pytał), to jest – moim zdaniem – literacki huragan, otwierający tyle nowych dróg, że w głowie się może zakręcić. Popatrzmy na rzecz z tej perspektywy, a dostrzeżemy niechybnie, że i w obecnych granicach Polak może nie tylko być, ale i czuć się u siebie; bo te ziemie zachodnie również są „nasze”, choćby i oddzielała nas od nich spora odległość historyczna.
    I na koniec niech mi będzie wolno zauważyć, skoro poruszamy się w przestrzeni pewnych tradycji dziejowo-politycznych, że nasz jedyny „wielki” król (według mistrzowskiej obserwacji Mickiewicza: „król chłopów, król-gospodarz”) – to był Piast!

    Maciej Wąs

  • Lewicki: Mity rusofobów cz. 6. „Polska broni chrześcijaństwa przed Rosją”

    19-06-2017 19:32

    Ten mit jest pozostałością po historycznych wydarzeniach sprzed odległych, dziesięcioleci kiedy to, szczególnie w okresie walki z bolszewizmem, tak można było interpretować sens zmagań na wschodniej granicy Polski. Dzisiaj to szczeg&oacut

    Ten mit jest pozostałością po historycznych wydarzeniach sprzed odległych, dziesięcioleci kiedy to, szczególnie w okresie walki z bolszewizmem, tak można było interpretować sens zmagań na wschodniej granicy Polski.

    Dzisiaj to szczególnie ekspansja ideologii gender zagraża chrześcijaństwu i taką opinię bardzo mocno wyraża także papież Franciszek, który podczas ostatniej wizyty w Gruzji powiedział: ”Dziś jest wojna światowa, aby zniszczyć małżeństwo. Nie niszczy się małżeństwa wojnami, ale niszczy się je ideami, poprzez kolonizację ideologiczną. Trzeba się bronić przed kolonizacją ideologiczną.” [1]

    Czy działania polskich władz sprzeciwiają się dziś tej kolonizacji ideologicznej? Niestety tak nie jest, a wręcz jest odwrotnie, bo to Polska, razem i innymi państwami, rzekomo chrześcijańskimi, czy katolickimi, przykłada rękę do ostatecznego demontażu chrześcijańskiej wizji świata i porządku moralnego obowiązującego od tysiącleci.

    Dobitnie świadczy o tym i udowadnia taką tezę stanowisko Polski podczas głosowania dnia 21 listopada 2016 roku w ONZ kwestii ustanowienia tzw. „Niezależnego Eksperta”  odpowiedzialnego za ochronę przed przemocą i dyskryminacją ze względu na orientację seksualną i tożsamość genderową (SOGI) [2]   To co się wydarzyło podczas tego kluczowego głosowania wprawia w zdumienie. Po stronie państw, które były za wprowadzeniem tego elementu prawnej instytucjonalizacji ideologii gender była także Polska i wszystkie te inne, rzekomo katolickie i chrześcijańskie państwa zachodniej Europy, łącznie z Maltą i Irlandią. Przeciw zaś głosowała Rosja, Białoruś i cały szereg państw z Azji i Afryki. Niestety ich głosów zabrakło i ideologia gender została triumfalnie wprowadzona na forum ONZ. Różnica nie byłą wielka, gdyż stosunek głosów wynosił: 84 za i 77 przeciw, przy 17 wstrzymujących się. Widać, zatem, że zwolennicy gender wygrali kilkoma tylko głosami i wśród tych głosów był także, co bardzo zasmuca, głos Polski. [3]

    Wokół tego głosowania trwała długa walka i próbowano je zablokować. Po której stronie stanęła Polska, a po której Rosja widzimy. I takim to dziś Polska jest „przedmurzem chrześcijaństwa”.

    W ramach ONZ funkcjonuje także Grupa Przyjaciół Rodziny  (The Group of the Friends of the Family  –GoFF). Jest to koalicja państw członkowskich, które potwierdzają rolę rodziny jako naturalną I fundamentalną cześć społeczeństwa zasługującą na ochronę społeczeństwa i państwa. [4]  Polska z uwagi choćby na zapisy swojej Konstytucji, a także na deklarowane przez rządzącą partię PiS wartości, jest szczególnie predestynowana by być członkiem tej grupy. A czy jest członkiem? Choć to się wydaje dziwne, ale nie jest członkiem tej grupy. Za to do członków zalicza się znowu Rosja i Białoruś.

    Biorąc to wszystko razem, twierdzenie, że Rosja dziś stoi na czele państw wspierających konserwatywną wizję społeczeństwa, przede wszystkim na forum organizacji międzynarodowych, jest w pełni uprawnione. A jeśli tam walka o tradycyjny kształt społeczeństwa zostanie przegrana to wówczas poprzez różne deklaracje, regulacje, dyrektywy, czy pakty, poszczególne państwa będą musiały się przystosować.

    Wygląda na to, że PiS na użytek polityki wewnętrznej odgrywa komedię o swoim konserwatyzmie a na forum międzynarodowym, tam gdzie to wszystko się decyduje, popiera zupełnie przeciwne temu i niszczące chrześcijaństwo rozwiązania.

    Czy rusofobia rządzących Polską ma tu coś do rzeczy? Pewnie tak, gdyż niechęć do znalezienia się w grupie popierającej konserwatywne rozwiązania razem z Rosją, może być tak silna u tych ludzi, że popchnie ich nawet do popierania ideologii gender.

    Stanisław Lewicki

    [1] http://wpolityce.pl/kosciol/310436-mocna-wypowiedz-franciszka-przeciw-gender-trwa-wojna-swiatowa-ktorej-celem-jest-zniszczenie-malzenstwa

    [2] http://www.ordoiuris.pl/dzialalnosc-miedzynarodowa/polska-wsrod-panstw-wspierajacych-instytucjonalizacje-wplywow-lgbt-w

    [3] http://www.unmultimedia.org/tv/unifeed/asset/1780/1780909/

    [4] http://unitingnationsforthefamily.org/background-2/organisers/

  • Śmiech: Wcale mi nie do śmiechu

    19-06-2017 11:46

    Mój ostatni tekst odnoszący się do szokującej wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego deklarującego oddanie Szczecina Niemcom, wywołał szereg reakcji w Internecie, w tym na facebooku. Jako że nie jestem facebookowiczem, a w dyskusjach na tradycyjnych str

    Mój ostatni tekst odnoszący się do szokującej wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego deklarującego oddanie Szczecina Niemcom, wywołał szereg reakcji w Internecie, w tym na facebooku. Jako że nie jestem facebookowiczem, a w dyskusjach na tradycyjnych stronach newsowych nie uczestniczę od lat z dwóch powodów.

    Z powodu braku czasu i, co bardziej istotne, z powodu porażająco niskiego poziomu argumentacji części osób biorących udział takich słownych sporach, dlatego o reakcjach dowiaduję się z drugiej ręki, jeśli ktoś z moich znajomych śledzących FB i inne strony na bieżąco, coś ciekawego mi „podrzuci”.

    Wszystkim, którzy rozumieją polską rację stanu na kierunku niemieckim, i którzy w ten czy inny sposób wyrazili poparcie dla moich tez i mojej krytyki Cejrowskiego, bardzo dziękuję. Przeciwników zapraszam do kulturalnej dyskusji na argumenty – niech napiszą polemikę – na pewno nie uchylę się od odpowiedzi. Spieszę uspokoić PT Czytelników, że nie zamierzam odpowiadać tym, którzy potrafią jedynie pluć jadem. Niech pozostaną ze swoją bezradnością wyrażającą się, gdy brak argumentów, cienkimi aluzjami do mojego nazwiska (klasyka to „śmiech na sali”, „śmiechu(a) warte”, czy najnowsza salwa śmiechu – „nazwisko tego pana chyba nieprzypadkowe do tego groteskowego, przeintelektualizowanego bełkotu”). Jeśli przez to im się łatwiej żyje, to niech tam… Ja się z nich śmieję w myśl innego hasła „śmiech to zdrowie”, nawet jeśli czasami „pusty śmiech mnie ogarnia”.

    Pozwolą jednak Państwo, że odniosę się do zarzutów, jakie postawił mojemu tekstowi jeden z interlokutorów. To ważne, gdyż pragnę odpowiedzieć nie konkretnej osobie, ale wszystkim, którzy podnoszą podobne argumenty. Zarzuty są następujące:

    Co to są te „zamknięte tematy” albo nienaruszalne rezultaty II Wojny Światowej”? Otóż mowa o Konferencji Poczdamskiej na której tzw.” ziemie odzyskane” zostały oddane Polsce pod zarząd tymczasowy do czasu podpisania traktatu pokojowego z Niemcami i które formalnie są objęte arbitrażem międzynarodowym.

    Odpowiadam:
    Traktat pokojowy nie zawsze jest konieczny i potrzebny. Wiele wojen w historii nie zakończyło się traktatami i co z tego? Z kolei inne kończyły się „wieczystymi” pokojami, które trwały jedynie przez moment. Kongres wiedeński nie był traktatem pokojowym, a jego postanowienia przetrwały sto lat. Konferencja Wersalska była traktatem pokojowym, a jej trwałość wyniosła 20 lat. Oczywiście Konferencja Poczdamska nie była traktatem pokojowym, bo nie miano go z kim zawierać. Państwo niemieckie zostało decyzją zwycięskich mocarstw zlikwidowane (podbito je zbrojnie) i poddane w całości okupacji. Konferencja podjęła jednak szereg decyzji, które w miarę upływu lat nabierały cechy trwałości i niepodważalności, stając się realnym elementem ładu międzynarodowego. Polska, zdając sobie sprawę z wad Poczdamu, prowadziła intensywną politykę na arenie międzynarodowej, zmierzającą do powszechnego uznania poczdamskich postanowień terytorialnych za ostateczne. Najłatwiej przyszło uzyskać deklarację Francji prezydenta De Gaulle’a, ale pracowano również na kierunku anglosaskim, wreszcie podjęto skuteczne próby uregulowania problemu granic z dwoma powstałymi po zakończeniu okupacji państwami niemieckimi – NRD i RFN.

    Mając na uwadze to wszystko, dla stosunków granicznych pomiędzy Polską a państwami niemieckimi do 1990 r. zasadnicze znaczenie miały:

    – Konferencja Poczdamska, która ustanowiła status quo graniczne, ze Szczecinem po stronie polskiej
    – układ zgorzelecki z NRD z 1950 r.
    – układ z RFN z 1970 r.; polityka zachodnioniemiecka bardzo szybko zaczęła podważać postanowienia układu, tworząc za pośrednictwem sądu konstytucyjnego fikcję zjednoczonych Niemiec, których układ ten miał nie dotyczyć. Było to oczywiste sabotowanie układu przez RFN, podważające wartość samego porozumienia i pokazujące prawdziwe intencje polityków zachodnioniemieckich
    – konferencja 2+4 z 1990 r., czyli Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec. Traktat ten, nie nazywając się pokojowym, w swej istocie, tak formalnie, jak i faktycznie, hipotetyczny traktat pokojowy zastępuje, a jego postanowienia są usankcjonowane przez mocarstwa, które Niemcy w II wojnie światowej pokonały i okupowały, czyli ZSRR (dzisiaj Rosję, jako następczynię prawną ZSRR), USA, Wielką Brytanię i Francję. To właśnie ta konferencja jest podstawą do twierdzenia o nienaruszalności polskiej granicy zachodniej.

    Art. 1 mówi: „Zjednoczone Niemcy będą obejmowały obszar Republiki Federalnej Niemiec, Niemieckiej Republiki Demokratycznej i całego Berlina. Ich granicami zewnętrznymi będą granice NRD i RFN, i w dniu wejścia w życie tego traktatu staną się ostateczne. Potwierdzenie ostatecznego charakteru granic zjednoczonych Niemiec jest istotną częścią składową porządku pokojowego w Europie.
    Art. 2. Zjednoczone Niemcy i Rzeczpospolita Polska potwierdza istniejącą między nimi granicę w traktacie wiążącym z punktu widzenia prawa międzynarodowego.
    Art.3. Zjednoczone Niemcy nie mają żadnych roszczeń terytorialnych wobec innych państw i nie będą takich roszczeń wysuwać również w przyszłości”.
    Na bazie Traktatu 2+4 Polska podpisała już ze zjednoczonymi Niemcami Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy z 14 listopada 1990 r., który mówi:
    „Art.2. Umawiające się Strony oświadczają, że istniejąca między nimi granica jest nienaruszalna teraz i w przyszłości, oraz zobowiązują się wzajemnie do bezwzględnego poszanowania ich suwerenności i integralności terytorialnej.
    Art.3. Umawiające się Strony oświadczają, że nie mają wobec siebie żadnych roszczeń terytorialnych i że roszczeń takich nie będą wysuwać również w przyszłości”.

    Tyle tytułem elementarnego przypomnienia sytuacji, w jakiej się znajdujemy. W tym właśnie sensie temat granicy polsko-niemieckiej jest zamknięty, zaś rezultaty II wojny światowej są nienaruszalne. Były one de facto nienaruszalne i wcześniej, przed układami i traktatem 2+4 oraz traktatem polsko-niemieckim o potwierdzeniu granicy. Nienaruszalne, gdyż ich naruszenie wywołałoby kolejną wojnę, co najmniej o europejskiej skali. Obecnie są one usankcjonowane porozumieniem mocarstw z Niemcami i traktatem polsko-niemieckim. Każde kwestionowanie granicy poczdamskiej przez Niemcy sprowadzi na nie, w najlepszym wypadku, zarzut podważenia traktatu z mocarstwami i naruszenia traktatu podpisanego z Polską.

    Być może dla malkontentów to mało i wyobrażają sobie, że mocą słów – tu, nazwania traktatu pokojowym – można by było bardziej skutecznie zakląć rzeczywistość. Nie odmawiam tym ludziom w żadnym wypadku uczciwych intencji. Niemniej muszą oni wiedzieć, że głosząc poglądy o nieuregulowanym statusie polskiej granicy zachodniej wychodzą naprzeciw nie interesom Polski, ale interesom wciąż istniejących w Niemczech rewizjonistów, którym się marzy Vaterland „od Mozy aż po Niemen”. Ich troska z kolei już zupełnie rozchodzi się z szalonymi propozycjami zwrotu Niemcom Szczecina, które można traktować jedynie w kategoriach błazenady i/lub głupoty politycznej.

    Po raz kolejny widzimy użycie frazy „tzw. ziemie odzyskane”. Czy zwolennicy cudzysłowu na określenie tych ziem kwestionują przynależność do Polski, często przez setki lat, Dolnego Śląska, Ziemi Lubuskiej, Ziemi Warmińskiej, a w krótszych okresach także Pomorza Zachodniego?

    Odpowiadając jeszcze zwolennikom tezy o „niechcianym Szczecinie”. Narodowcy nie mieli wątpliwości, co do Szczecina, z innymi było różnie, ale także ci inni potrafili zrewidować swoje poglądy. Oto gen. Władysław Anders wysłał 23 lutego 1962 r. do premiera Harolda Macmillana list, w którym stwierdził, że zrewidował swoją wcześniejszą krytykę linii Odry i Nysy, jako zbyt dużej dla Polski i obecnie zgadza się z komunistycznym rządem Polski, starając się o jej ostateczne uznanie przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. „Formalne uznanie obecnych granic Polski ucięłoby agresywną rewizjonistyczną propagandę w Niemczech” („Brytyjczycy o statusie Szczecina”, IPN Szczecin 2016, s.77).

    Powyższe rozważania mają jeden wspólny mianownik – niżej podpisany wychodzi z założenia, że Polska istniejąca w latach 1945-89 (od uznania rządu warszawskiego przez mocarstwa) była legalnym bytem prawnym na arenie międzynarodowej, w sposób skuteczny zaciągającym zobowiązania i będącym podmiotem praw i obowiązków. Założenie to jest koniecznym dla zrozumienia sytuacji obecnej Polski, będącej w sensie prawnym następczynią i kontynuatorką Polski tamtej. Podważanie legalności Polski Ludowej, zwłaszcza na arenie międzynarodowej, rzeczywiście może uczynić naszą sytuację bardzo trudną. Polska prawica zapędziła się za daleko w swojej, niestety totalnej krytyce, a czasem już po prostu negacji, powojennej Polski. Podcina gałąź, na której wszyscy siedzimy i nie przestaniemy siedzieć, choćby ktoś nawiedzony w sposób najbardziej uroczysty stwierdzał nielegalność tzw. PRL (bo PRL to dopiero od 1953 r.) i ciągłość z II czy I RP.

    Prof. Ryszard Terlecki, wicemarszałek Sejmu, poseł i szef klubu PiS wpisuje się niestety w retorykę nielegalności, niewoli i okupacji swoją najnowszą książką „Polska w niewoli 1945-89”, której anons mówi: „Książka prezentuje dzieje Polski zniewolonej przez Sowietów, a wcześniej zdradzonej przez zachodnich sprzymierzeńców i wydanej na pastwę komunistycznego imperium zła”.

    A tymczasem Polska została niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ na dwuletnią kadencję zaczynająca się w 2018 r. Czy p. prof. Terlecki i inni zwolennicy tezy o PRL – sowieckiej okupacji nie wiedzą, że tamta Polska była niestałym członkiem RB ONZ w latach 1946-47, 1960, 1970-71, 1982-83 (i tylko raz po 1989, w latach 1996-97)? Jako sowiecka okupacja, jako Polska w niewoli? I jako ta okupacja posiadała dwóch sędziów Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości ONZ w Hadze w osobach bliskiego współpracownika Dmowskiego – prof. Bohdana Winiarskiego (1946-67, prezes MTS w latach 1961-64) i prof. Manfreda Lachsa (1967-93, prezes MTS w latach 1973-76)?

    Czas zakończyć te niebezpieczną zabawę w bezpodstawny pseudolegalizm. Polska jest tylko jedna i jako o jednej musimy myśleć tak współcześnie jak i rozpatrując jej trudną przeszłość, bliższą i dalszą. Idea „prawdziwej Polski” nieistniejącej w latach 1945-89 i przechowanej jakoby na emigracji i w podziemiu, może być jedynie destrukcyjna dla psychiki ją wyznających oraz niebezpieczna dla wszystkich Polaków, bo podważa fundamenty obecnej Rzeczpospolitej. Wcale mi nie do śmiechu…

    Adam Śmiech
    Myśl Polska, nr 25-26 (18-25.06.2017)

  • Wąs: Rozum na uchodźstwie

    18-06-2017 22:30

    „Bodajś żył w ciekawych czasach” – tak się kiedyś ludzie nawzajem przeklinali. Trzeba przyznać, że żyjemy w czasach arcyciekawych. Ale że człowiek to istota ograniczona i nie może zajmować się wszystkim, to

    „Bodajś żył w ciekawych czasach” – tak się kiedyś ludzie nawzajem przeklinali. Trzeba przyznać, że żyjemy w czasach arcyciekawych. Ale że człowiek to istota ograniczona i nie może zajmować się wszystkim, to dokonajmy wreszcie męskiego wyboru i zapytajmy: o co, właściwie, chodzi w całym „problemie uchodźczym”?
    Bo można wnieść chyba kilka wątpliwości.
    Wałkuje się to niemożebnie od jakiegoś już czasu. I, oczywiście, mnie nie chodzi tutaj o realną analizę problemu. Bo problem jest, i z tym nie ma dyskusji. Jest około milion (?; pewnie więcej) ludzi, którzy siedzą w obozach internowania (nazywajmy rzeczy po imieniu), głównie w Niemczech, i coś z nimi trzeba sensownego zrobić, tak, żeby było po chrześcijańsku. Niemniej, wobec tej tragicznej sytuacji wszystkie te przepychanki, których jesteśmy ostatnio świadkami, wydają się tym bardziej osobliwe.
    Na przykład, problem uchodźczy istnieje nie od dzisiaj; ale co do procedury „relokacyjnej”, wciąż nie wiadomo, czy jest zgodna z „europejskim” (unijnym) prawem. A zatem, moment brukselskiego ataku na Polskę, Czechy i Węgry to jakiś kompletny absurd. Gdyby pan Juncker zdecydował się działać szybko, dokładnie wtedy, kiedy okazało się, że nowy rząd polski nie chce współpracować, wtedy można by to zrozumieć; albo gdyby poczekał na wyrok Trybunału Sprawiedliwości, i po (hipotetycznym) potwierdzeniu słuszności „europejskich” rozporządzeń w pełnej mocy prawa zaczął Europę Środkową dyscyplinować. A jednak, ani tak, ani tak; ni z tego, ni z owego, właściwie bez uprzedzenia, zaczął działać właśnie teraz. Można cokolwiek z tego zrozumieć?
    Kolejną sprawą jest w ogóle sama procedura „relokacji”. Przecież człowiek nie jest koniem („człowiek lub koń”, przypominam, ulubiony przykład Arystotelesa, zapewne niepozbawiony racji dostatecznej). Jak się ma stado koni, można je zawieźć do Niemiec, można do Francji, można do Portugalii, a można do Polski. Jak jest trawa i suchy chleb, koń będzie, jak można domniemywać, zadowolony. Ale ci biedni ludzie, ta bezimienna masa arabska bądź murzyńska, oni przyjechali tu przecież w jakimś konkretnym celu. I jeśli nie chcą do Polski – to w jaki sposób będziemy mogli ich tu utrzymać po „relokacji”? Ba, więcej nawet – jak ich w ogóle tu sprowadzić? Wbrew ich woli, siłą, na ciężarówkach, w pociągach? Trzymać ich za murem z drutem kolczastym, dać jakieś opaski magnetyczne? Ciekawe, bo nawet przedstawiciele partii rządzącej z rzadka (choć to przecież gigantycznie silny argument) o tym wspominają (póki co otwarcie odniósł się do tego problemu chyba tylko prezydent, niestety – jako to przy obecnym podziale sił – słabo słyszalnie); więc można się chyba zastanawiać o co w całej tej konfuzji właściwie „się rozchodzi”? Przecież tutaj chodzi o politykę; o decyzje długofalowe, które mogą mieć wpływ na cały przyszły rozwój kultury naszego kontynentu, dobrobyt narodów i państw. No i tak się zastanawiam – bo póki co, to jest g***wniarstwo takie, że się Gombrowiczowi samemu nie śniło; chyba że chodzi o coś innego, o czym nikt niewtajemniczony nie wie (i „g***wniarstwo” jest odniesieniem historycznoliterackim).
    Inna rzecz: nomenklatura. To już chyba największy nonsens. Generalnie sprawa rozgrywa się w przestrzeni między dwoma terminami: „imigranci” i „uchodźcy”. Ich znaczenia są determinowane prawnie, ale nawet w sensie potocznym widać, że jednak się różnią. No i teraz największa sprawa: bo wszyscy żonglują sobie tym, jak chcą, w zależności od potrzeb. Że lewica nie czyni tego rozróżnienia, to znany argument – bo istotnie, przecież utożsamienie imigrantów ekonomicznych z uchodźcami jest nader częste; niemniej, widać że „każdy miecz ma dwa ostrza” (lecz żadnym nie jestem ja), bo nie tak dawno byłem świadkiem pewnej dyskusji w jednym kole katolickim w Polsce (nie powiem jakim, bo nie wypada po nazwiskach; no i że to w sumie jeden głos z ogólnie pojętą „lewicą”, to materiał na osobny felieton), w którym zarzut ten padł w stosunku do… środowiska panów Karnowskich. Okazało się, że prawica polska (w rozróżnieniu potocznym, czy rodzimym, bo tak to już u nas jest, inaczej niż na Zachodzie) nic nie rozumie, nie rozróżnia imigrantów i uchodźców, a przecież chodzi o przyjmowanie uchodźców, a nie imigrantów, nikt (sic?) nie zachęca do niczego innego, więc należy „wyjść ze swojej strefy komfortu” (nie dosłownie, ale sens podobny) itd. Tak też orędownicy nowego humanitaryzmu właściwie sami nie wiedzą, kogo chcą przyjmować, raz nazywają imigrantów uchodźcami, raz nie, czasami mają pretensje o to rozróżnienie, kiedy indziej o jego brak – no i tak to się kręci, i końca nie widać.
    A co ciekawe: z obozu rządowego nikt o tym nie mówi; nie wytyka tych niekonsekwencji, nie udowadnia (co łatwo zrobić), że obecnie rozróżnienie imigranta od uchodźcy jest niemalże niemożliwe, bo ci ludzie są bez dokumentów i z premedytacją ukrywają dane osobowe. Z retorycznego punktu widzenia, sprawa przedstawia się nader prosto – a jednak nikt nie robi z tego faktu użytku. No i znów można zapytać: czy jest w tym chociaż krztyna sensu? O co tu chodzi? To w końcu jest ważne, czy przyjmuje się imigrantów, czy uchodźców, czy nie? I kto w ogóle o tym mówi: zwolennicy czy przeciwnicy mechanizmów „relokacyjnych”? (Interesujące, że w mediach zachodnich często stosuje się te dwa terminy, jak się zdaje, synonimicznie.) No i właśnie: czy do przyjmowania uchodźców wojennych rzeczywiście w ogóle potrzebna jest jakaś ogólnounijna „relokacja”? Bez ustalenia tych (i tym podobnych) kwestii nie da się racjonalnie o sprawie rozmawiać. A jednak, nikt ich nie ustala, i nie wydaje się, żeby żeby ktokolwiek chciał to zrobić. Tak też cała dysputa toczy się przedziwnym torem, raz skręcając w tę stronę, raz w inną, i nie prowadząc do żadnych konkluzji.
    Osobiście, sądzę, że powinno się rzecz rozwiązać na zasadzie samookreślenia. Powinno się po prostu zapytać tych ludzi: gdzie chcą jechać. Jak ktoś się zadeklaruje, że do Polski, to uważam, że powinno się go przyjąć, i to z honorami. Sam chętnie kupiłbym takiemu facetowi dobry tort owocowy (albo i co innego, ale muzułmanie raczej nie gustują). Ryzykować życiem, przepłynąć Morze Śródziemne, tkwić miesiącami w obozie tylko po to, aby dotrzeć do wymarzonej Polski, do Polski wyśnionej, do Polski, najpiękniejszego kraju świata, i zamieszkać w nim mimo wszystko, robiąc za to 1 200 miesięcznie – to czyny godne największego polskiego patrioty, i nie powinny pozostać niezauważone. Tylko że mam przeczucie, że takich ludzi, cóż rzec, nie będzie…
    No i teraz kolejne pytanie: dlaczego nasz rząd nie używa takiego argumentu? Dlaczego nie powie, że chętnie przyjmiemy imigrantów – ale tych, którzy się zadeklarują, że chcą do nas trafić? Dlaczego nie odwróci tzw. „narracji” (okropne słowo) i nie będzie się bronić (zupełnie zasadnie!) racjami humanitarnymi? To kolejna zagadka, której nie potrafię rozwikłać.
    Gilbert Keith Chesterton, w wybitnym i (jak to z nim bywa) kompletnie niedocenianym dziele „Nowe Jeruzalem” opisywał sytuację polityczną swojego czasu przez analogię do nonsensownej opowiastki, w której obdarty lud pochodzi pod bramy pałacu i ryczy z wściekłością: „Mniej chleba! Więcej podatków!” Wydaje mi się, że (jak to również często z GKC bywa) porównanie to jest znacznie bardziej aktualne w naszych czasach, niż w jego (chyba że historia zatoczyła koło, co nie jest niemożliwe, bo jednak świat podczas II WŚ się cofnął). To jest jakaś totalna, niezrozumiała konfuzja, z którą postronny obserwator nie jest w stanie zrobić absolutnie nic. Jeśli jednak analogia do lat 20 i 30 jest prawdziwa, to można mieć obawy, że ktoś na tym ogólnym chaosie (bo nie jest to nic innego) chce porządnie skorzystać. Sam Chesterton pisał o tym sporo, podobnie zresztą, jak jego przyjaciele i rodzony brat („System partyjny” Cecyla Chestertona i Hilarego Belloca jest tutaj bardzo pouczającą lekturą). Niezależnie jednak od podobnych obaw, wydaje mi się, że możemy stwierdzić przynajmniej tyle: że największym uchodźcą współczesności, ale uchodzącym nie do Europy, a z Europy, jest rozum. I tego uchodźcę na pewno przyjąłbym z otwartymi ramionami, chlebem i solą. Bo z nim czy to Europejczykom, czy nie-Europejczykom, będzie się żyło zdecydowanie lepiej.
    Tylko pytanie: co zrobić, żeby wrócił? Wrócił – bo kiedyś naprawdę były takie czasy, że dało się go zauważyć jednak jakoś częściej.

    Maciej Wąs

  • Motas: Chrabota nowym Strońskim?

    18-06-2017 10:21

    Dziennik „Rzeczpospolita” z 14-15 czerwca br. triumfalnie informuje na pierwszej stronie o 97. „okrągłej” rocznicy powstania pisma. Redakcja współczesnej „Rzepy” odwołuje się do pisma założonego w 1920 roku z ini

    Dziennik „Rzeczpospolita” z 14-15 czerwca br. triumfalnie informuje na pierwszej stronie o 97. „okrągłej” rocznicy powstania pisma. Redakcja współczesnej „Rzepy” odwołuje się do pisma założonego w 1920 roku z inicjatywy Narodowego Zjednoczenia Ludowego, stronnictwa, którego początki sięgały secesji dokonanej na początku 1909 r. w łonie galicyjskiego Stronnictwa Demokratyczno – Narodowego.

    Grupa w latach 1909 – 1914 wydawała na terenie Lwowa dwutygodnik „Rzeczpospolita”, od którego nazwy zaczęto określać też całe środowisko. Wśród jego liderów znajdowali się m.in.: Edward Dubanowicz, Stefan Dąbrowski, Stanisław Kasznica, Stanisław Stroński oraz arcybiskup Józef Teodorowicz. Na początku roku 1920 środowisko „Rzeczpospolitej” postanowiło założyć nowy dziennik, nawiązujący do wcześniejszej inicjatywy wydawniczej, mający wzmocnić oddziaływanie polityczne grupy. Idea zyskała wsparcie finansowe Ignacego Paderewskiego, zaś pierwszy numer gazety ukazał się 15 czerwca 1920 r. Funkcję redaktora naczelnego pełnił Stanisław Stroński (na zdjęciu), wśród jego współpracowników, poza politykami NZL, znajdowali się m.in.: Adam Skałkowski, Franciszek Bujak, Franciszek Rawita-Gawroński i Stefan Surzycki.

    Pismo prezentowało profil charakterystyczny dla całej ówczesnej prasy narodowej, koncentrując się przede wszystkim na zwalczaniu linii politycznej Józefa Piłsudskiego. Polityczna emanacja dziennika, jaką było począwszy od roku 1922 Stronnictwo Chrześcijańsko – Narodowe, ściśle współpracowała zaś ze Związkiem Ludowo – Narodowym, będąc częścią barwnej mozaiki składającej się na ówczesny obóz narodowy. Pod koniec lat 20. XX w. gros działaczy SChN na czele ze Strońskim zasiliła zaś szeregi Stronnictwa Narodowego. Samo pismo, w następnych latach związane już nie z endecją, a z chadecją Wojciecha Korfantego, przestało się ostatecznie ukazywać w roku 1931. W okresie późniejszym ukazywało się kilka periodyków o tej samej nazwie, także w czasie II wojny światowej. Poza ukazującym się w latach 1944-1950 pismem redagowanym przez Jerzego Borejszę, największe znaczenie zyskała jednak na polskim rynku czasopiśmienniczym współczesna gazeta o tym tytule, istniejąca od października 1989 r.

    Czy można jednak w odniesieniu do wszystkich przywołanych powyżej czasopism mówić o swoistej kontynuacji tytułu, co zdaje się sugerować Bogusław Chrabota obecny redaktor naczelny gazety pisząc: „My – dzisiejsi redaktorzy – jesteśmy ich dziedzicami i robimy wszystko, by godnie kontynuować ich dzieło”. Czy nie mamy tu aby do czynienia z zabiegiem swoistego podszywania się pod obcy ideowo rodowód? Co bowiem ma wspólnego Stanisław Stroński, jeden z czołowych publicystów endeckich II RP, z założycielami współczesnej „Rzepy” – wymienionymi przez red. Chrabotę – Dariuszem Fikusem, Jackiem Moskwą oraz ich licznymi współpracownikami z pierwszych lat działalności pisma: Czesławem Miłoszem, Leszkiem Balcerowiczem, Bohdanem Cywińskim, Zdzisławem Najderem i Janem Nowakiem-Jeziorańskim?

    Czy sama zbieżność tytułów wystarczy, aby uznać się za czyjegoś spadkobiercę i kontynuatora? Z całą pewnością współczesna „Rzeczpospolita” pod wpływem różnorodnych procesów i uwarunkowań z pisma liberalnego, jakim była w latach 90. ub. wieku, przeistoczyła się w dziennik centroprawicowy, o wyraźnym konserwatywnym rysie światopoglądowym, aby jednak szukać antenatów w łonie historycznej Narodowej Demokracji, przypisując sobie endecką genealogię, to chyba już lekka przesada.

    Podobny proceder, polegający na podkreślaniu przez współczesne periodyki swego prastarego rodowodu, sięgającego nierzadko wieku XIX (jak w przypadku „Gazety Polskiej”), bądź okresów jeszcze wcześniejszych („Warszawska Gazeta”/„Gazeta Warszawska”), kwitnie w najlepsze. Nikogo specjalnie nie interesuje, że tytuły prasowe, do których się odwołują, nie mają nic wspólnego z ich współczesnymi imiennikami, a raczej mają tyle co przysłowiowy koń z koniakiem. I chyba tylko liberalno-lewicowa „Polityka” założona w 1957 roku nie powołuje się na afiliacje ideowe z przedwojennym tygodnikiem środowisk młodokonserwatywnych o tej samej nazwie kierowanym przez Jerzego Giedroycia.

    Maciej Motas

    za: http://www.mysl-polska.pl

  • -->




    Linki LINKI





















    Logo radia Kontestacja